9 wrz 2009

Odnalazłam ciebie w sobie (Gosia?)

Ale miałam dziś przygodę. Głęboki szok, o jaki mnie przyprawiła, sprawił, że wreszcie czuję, że ja to ja, i minęło mnóstwo stresu przeprowadzkowego. Bo przecież świat jest ten sam, a to znaczy, że nadal będzie się mnie słuchał.

Do rzeczy. Nie pamiętam, czy już o tym pisałam, ale Utrecht nadal nie zdecydował się, czy wolno mi robić zajęcia w Amsterdamie, co znacząco poprawiłoby mi komfort życia. Tymczasem w Utrechcie zaczął się semestr i musiałam pojechać dziś na pierwsze zajęcia. Wybrane jeszcze w czerwcu z listy dostarczonej Erazmusom przez uniwersytet, i których, jak poinformowano nas w piątek na spotkaniu, z planu zajęć wyrzucić już nie można.

Które, jak się okazało, są po niderlandzku. Ze łzami w oczach wysłuchałam czterdziestominutowej przemowy pani prowadzącej (z której, o dziwo, większość zrozumiałam). Całkiem już blada, podeszłam w przerwie do miłej pani. Bo jest taka sprawa, jestem z Erazmusa, dokumenty sugerowały, że ten przedmiot prowadzony jest po angielsku. - No tak, podręcznik jest po angielsku, i większość tekstów. - Ale ja nie znam niderlandzkiego. W ogóle. - Miła pani też zbladła.

Udało nam się osiągnąć pewien stopień porozumienia, chyba. Jak jestem zestresowana, to niekoniecznie wiem, co się do mnie mówi. No ale, jeśli nie uda mi się sprawy wyjaśnić z szanownym biurem (które tym samym podpadło mi po raz kolejny), to będę mogła oddawać zadania domowe napisane po angielsku. Na obu egzaminach też będę mogła odpowiadać po angielsku - na niderlandzkie pytania...

Przez kolejne pół godziny byłam całkiem blada, a potem wstąpiła we mnie znienacka bardzo niebezpieczna energia. No bo jak inaczej nauczyć się niderlandzkiego w 2 miesiące? Intensywnie, ot co! Najmniej spodziewana motywacja, ale też być może najskuteczniejsza. Właśnie siadam do podręcznika, pierwszy raz, odkąd tu przyjechałam.

Także w tej chwili mam przed sobą trzy scenariusze:
1. Utrecht godzi się na wszystko, nie muszę tam jeździć. W Amsterdamie robię 5 przedmiotów, w tym wymarzoną logikę modalną. W życiu pojawia się pewna stabilizacja.

2. Utrecht na nic się nie godzi. Muszę zrezygnować z logiki modalnej, ale w zamian dostaję przygodę z językiem niderlandzkim. W życiu pojawia się element szaleństwa.

3. Utrecht na nic się nie godzi, ale ja nic sobie z tego nie robię. Do przygody z niderlandzkim dokładam logikę modalną, nie rezygnując z niej. Robię 5 przedmiotów w Amsterdamie i szósty w Utrechcie. Z życia znika wszelka radość, poza radością zajeżdżania się do upadłego w imię zasad i miłości do wiedzy.

No jutro już musi się coś w tej materii okazać, bo zwariuję. Ileż można siedzieć i gryźć palce. A jak już człowiek myśli, że bardziej zamotać się tego nie da, to go wysyłają na zajęcia w obcym jezyku.

8 wrz 2009

Niewiarygodne

Trzeci dzień z rzędu nie pada. Szkoda, że nie rozumiem jeszcze po niderlandzku, mogę się założyć, że w dzienniku telewizyjnym ogłosili już suszę stulecia. Pewnie rozszaleją się pożary na polderach.

6 wrz 2009

A day without rain

Jest taki album Enyi i pewnie wymyśliła ten tytuł w Amsterdamie. Dziś jest pierwszy dzień, w którym nie zobaczyłam tu ani kropli deszczu. Mam wrażenie, że przez sen wczesnym rankiem słyszałam ulewę, ale zweryfikować się tego nie da, więc dzisiaj wreszcie mogłam wpisać jakąś datę na listę dni bez deszczu.

no zgłupiałam

O ja ślepa, nie wiem, co mi się wydawało i jak to sobie ubzdurałam, ale straszną prawdę odkryłam dziś przy śniadaniu. W Holandii jest tylko jeden Brueghel, w dodatku w Rotterdamie, do którego nawet nie wiadomo, czy dotrę. Belgowie byli szybsi (no i w sumie to niby ich), a większość i tak w Wiedniu.

Przedziwne pocieszenie: pooglądałam album, pierwszy raz od bardzo dawna, i przestało mi się tak podobać. Także niby mniejsza strata.

Utrecht





No, ale straciłam rozpęd, cztery dni bez blogowania to za dużo, jeszcze wypadnę z rytmu i będzie jak z pilatesem.

W piątek byłam w Utrechcie na spotkaniu informacyjnym dla tamtejszych Erasmusów, do których zresztą oficjalnie należę. Tylko, że, jak to ja, wzięłam kasę i uciekłam. Zafundowano nam krótki wykład o studiowaniu w Niderlandach i dowiedziałam się na przykład, że dziesięciostopniowa skala tłumaczy się jasno: 10 jest dla boga, 9 dla nauczyciela, niektórzy studenci mogą pomarzyć o 8. To tłumaczy wypowiedź jednej prowadzącej w Amsterdamie: "Jeśli ktoś naprawdę zasługuje, to chętnie daję wysokie oceny. W zeszłym roku miałam studenta, który w semestrze zdobył 98% możliwych do zdobycia punktów. No przecież ktoś taki zasługuje na 9." Myślę, że ze 100% miałby szansę na 9,5...

Samo miasto jest przepiękne, przynajmniej to, co u nas nazywałoby się starym miastem - choć na przykład okolice dworca wcale na to nie wskazują. Właśnie, piękna własność holenderskich kolei - bilet na intercity kosztuje tyle samo, co na osobowy, dzięki czemu do Utrechtu jechałam równo 20 minut.

No, ale miasto. Dużo mniej niż w Amst. wieje, to chyba zasługa oddalenia od morza (niewielkiego, ale jednak) i gęstszej zabudowy - nie ma szerokich kanałów na przestrzał, w których wiatr się morze rozpędzać, jak chce.
Katedra w Utrechcie budzi tęsknotę za francuskim gotykiem, którego wspomnienie zaczyna mi się niebezpiecznie zacierać, a do Francji jednak nie mam ochoty jechać. Także na razie Utrecht musi wystarczyć. Przepiękna wieża (zguglujcie sobie!) naprawdę góruje nad miastem, wcale nie jest łatwo się zgubić. Wieżę od reszty katedry oddziela całkiem szeroka ulica, trudno wyobrazić sobie, jak ogromna to była budowla. W 1674 roku nad Utrechtem przeszedł huragan, który zwalił całą nawę i wieżę wielu innych kościołów. Pewnie dlatego też nie ostały się witraże, więc wnętrze tego, co z katedry pozostało, zalanie jest światłem niestety białym.
Huragan zmiótł też wieże romańskich kościołów (Utrecht jest jednym z najstarszych miast Holandii), widziałam Buurkerk i Janskerk, bryła jest nieładnie zaburzona.

Oprócz nawałnicy katedrę w Utrechcie spotkało jeszcze jedno nieszczęście, o ile pamiętam, w 1580 roku. Protestanci zniszczyli wtedy wszystkie przejawy bałwochwalczych kultów katolików. Świątynia pełna jest dzieł sztuki, których postacie pozbawione są twarzy. Na zdjęciu na początku wpisu tego nie widać, ale na tamtej płaskorzeźbie twarz zachował tylko bóg, patrzący na scenę z samej góry. Mocno mnie tamten widok zatrwożył, to trochę jak z Herostratesem, ślady ludzkiej ręki łatwiej mi odnaleźć w tym zniszczeniu, niż w pieczołowicie przechowywanych i nietkniętych arcydziełach. Ciekawe swoją drogą, czy protestancki dekapitator (jest takie słowo?) nie odrąbał twarzy samemu Stwórcy, bo ten był za wysoko, czy jednak zadrżała mu ręka?

W Utrechcie spodobało mi się tak bardzo, że przez chwilę żałowałam, że wybrałam życie zdziwaczałej logiczki zamiast sympatycznej erasmuski. Ale tylko przez chwilę.

2 wrz 2009

Moto

W Amsterdamie nie ma samochodów. Oczywisty wniosek, skoro wszyscy poruszają się na rowerach. Ale mimo to codziennie mnie to na nowo zadziwia. Bardzo rzadko zdarza się, żebym musiała przepuszczać jakieś auta przy przekraczaniu jezdni, ulice są po prostu puste! Wiadomo, że ruch zagęszcza się w centrum (cały łuk zewnętrznego Singelgracht na przykład), ale nie widziałam jeszcze, żeby gdziekolwiek osiągał rozmiary charakterystyczne dla naszych okolic placu Grunwaldzkiego na przykład.

Od dłuższego czasu już pokrzykuję od czasu do czasu, że centra miast powinno się z samochodów oczyścić, jest więc jasne, że bardzo mi się tutaj podoba. Powietrze zdaje się być zauważalnie czystsze (tak, wiem, że obok jest morze i ciągle wieje), poruszanie się na rowerze jest o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze niż we Wrocławiu, pomijając nawet oczywistą oczywistość, czyli tysiące kilometrów ścieżek. W sumie ten termin nie ma tu sensu, ulica po prostu składa się z tych trzech części: jezdni, chodnika i pasa dla rowerów, i ten ostatni nie jest żadnym świętem.

Korci mnie, aby tego braku aut upatrywać nie tylko w praktycznym charakterze Holendrów (jeśli wygodnie, bardzo szybko i tanio mogę dojechać do pracy na rowerze lub autobusem, po co płacić za paliwo). Wyczytałam gdzieś, że Holendrów cechuje też niechęć do okazywania swojej zamożności (nie ma to jak rozważania o charakterze narodów, i to w dodatku prowadzone bez rozejrzenia się dokoła). Znaczy: masz pieniądze - nie musisz kupować supersamochodu, żeby dać o tym znać sąsiadom. Nie masz pieniędzy - tym bardziej nie musisz tego robić, bo sąsiedzi i tak mają to w nosie. A u nas samochód to ciągle symbol statusu, tylko tacy beznadziejni filozofowie jak my nie marzą o tym, żeby po znalezieniu pierwszej pracy kupić sobie auto. No i jeździ tego potem tyle po moim pięknym mieście i czyni poruszanie się na rowerze grą o życie. A tutaj póki co tylko raz odczuwałam pewien niepokój na drodze - kiedy wracałam do domu po kupnie roweru i nie wiedziałam jeszcze, jak się poruszać po ścieżkach.
Oczywiście idealizuję tu sobie, bo pewnie i tak chodzi o zabójcze opłaty parkingowe w centrum. Mimo wszystko jednak dają się znaleźć tematy, które sugerują, że żyje mi się tu dobrze, będzie jeszcze lepiej i nie ma co desperować.

Acha, i rozwiązał się problem, dlaczego Holendrzy mają żółte rejestracje. Wszystko to - jak zwykle - dla wygody rowerzystów. Widzisz auto z białą rejestracją: wiesz, że ten człowiek nie jest przygotowany na to, że wyskoczysz mu zza rogu na środek skrzyżowania. Żółta rejestracja: ten będzie się ciebie spodziewał, wyskakuj śmiało. Co więcej: ten żółty jeszcze cię przepuści. Nie muszę dodawać, że jeszcze ani razu w Polsce kierowca nie przepuścił mnie, gdy miałam pierwszeństwo, jadąc drogą dla rowerów.

1 wrz 2009

Spać i jeść, mówię wam

Zaczytałam się (nie, nie o logice, niestety), a tu późny wieczór. Bardzo spodobało mi się chodzenie spać o 23, zwłaszcza, jak mam zajęcia na 11. Idealna pora.

UvA posługuje się ciekawym przelicznikiem: 1 ECTS ma odpowiadać 28 godzinom pracy studenta. Policzmy. Zajęcia na filozofii mają zawsze 10 punktów, te spod szyldu science - 6. Czyli filozofia to 280 godzin rozłożonych na 14 tygodni (nie liczę obu sesji). 20 godzin pracy nad jednym przedmiotem tygodniowo? Niemożliwe, żeby ktoś takie obciążenie zakładał. Może trzeba to sobie podzielić na cały semestr jednak, dodając założenie, że pisze się pracę semestralną w styczniu? Cały semestr to 8+8+4=20 tygodni (tak, tak, 3 tygodnie więcej, niż u nas, bez żadnych przerw i wakacji oprócz świąt). 280 godzin na 20 tygodni daje 14 godzin tygodniowo. Trzy takie kursy (żeby uzbierać 30 punktów) i mamy 42 godziny spędzone w szkole i na robieniu zadań domowych. Zbladłam. Kto wymyślił ten durny system, w którym nie ma egzaminów, tylko te cholerne weekly assignments? I co z tego, że dzięki temu przerwa świąteczna zacznie mi się już 12 grudnia. Utrechcie, odezwij się, potwierdź!

Z innej paczki. Odkryłam dziś przy śniadaniu coś niesamowitego, choć rozszyfrowałam dopiero przy kolacji. Bułeczki anyżkowe. Kupione wczoraj, coby ożywić trochę koncepcję śniadaniową (nutella+coś z mąki), na opakowaniu mają napis, który pozwoliłam sobie odczytać jako Amsterdamskie Korsarze (choć pewnie są to jedynie amsterdamskie bułeczki albo w najlepszym wypadku amsterdamski przysmak). Wyglądają trochę jak nasze Tago albo Magdalenki, podobnie suche, ale naprawdę smakują anyżkiem.
Kolejne objawienie kuchenne: makaron można gotować razem z fasolką szparagową (tak, w tym samym garnku), mają ten sam czas gotowania i krzywda im się nie dzieje. I jakie eko! Naszło mnie dziś, gdy postanowiłam z kolei ożywić klasyczny leniwy obiad makaron+pesto jakimiś warzywami, żeby zębów i z trudem zdobytej figury nie tracić. No i fasolka po 58 centów za kilogram, mam tego teraz całą lodówkę.


Właśnie dostałam przedziwną wiadomość od Amerykanina, tego, co mnie rozpoznał w poniedziałek. Nie brzmi wesoło, także może najwyższy czas, żebym zaczęła wykonywać jakieś przyjazne gesty tutaj, od biedy można zacząć i od Amerykanina.