Żeby nie mieć problemu ze sobą, że nic, tylko jem zielone curry i curry zielone, zrobiłam sobie zupę o smaku tegoż. Jest różnorodność? Jest.
Inspiracja oczywiście była tajska, jakiś czas temu jadłam coś podobnego w restauracji. Na oleju z orzeszków ziemnych (znowu zapomniałam kupić oliwę) podsmażyłam trochę posiekanej cebuli i ząbek niechińskiego czosnku. Zalałam puszką mleka kokosowego i półpuszką bulionu z warzyw. Bulion, przyznaję, z proszku, ale znalazłam taki niby bez glutaminianu, sumienie czystsze. Do tego mała łyżka zielonej pasty curry, kopiasta łyżeczka imbiru w proszku, trochę suszonej bazylii. Jak zawrzało, wrzuciłam dość drobne kostki z połówki kurczaczej piersi, gdzieś po drodze ze dwie łyżki pędów bambusa, a jak kurczak już nie był surowy, wyłączyłam kuchenkę i wrzuciłam cztery duże pieczarki w kawałkach. Zupa dochodziła na jeszcze rozgrzanym palniku kilka minut, więc pieczarki akurat się ugotowały, a nie rozgotowały. Wychodzą z tego dwa bardzo duże talerze lub trzy normalne.
Nie było to złe. Nawet się cieszę, że zostało jeszcze na jutro, więc było niezłe. Przy okazji zajrzałam mleku kokosowemu w tabelkę i trochę mnie zgięło, myślałam, że ono jest białe od węgli, a nie od tej przerażającej ilości tłuszczu w nim. Ale w sumie co się będę przejmować.
21 sty 2012
18 sty 2012
No chyba nie wiosna
No proszę, okazuje się, że nie tylko rower może być zimą, ale i sałatka caprese. Oczywiście nie upadłam na głowę, pomidorów w styczniu nie kupuję (już). Dzięki odkryciu cu-dow-ne-go warzywniaka znacznie rozszerzył mi się zimowy repertuar pozapomidorowy, na przykład o buraka. Buraka można pokroić na kawałki i upiec, a potem te upieczone kawałki wrzucać do wszystkiego prawie tak samo, jak jesienią wrzucałam do wszystkiego dynię (nie, omletu z burakiem nie będzie). Kulka mozzarelli, burak, bazylia, oliwa, pieprz i jakiś taki krem z octu balsamicznego, który się kupuje w Lidlu w tygodniu włoskim albo robi, odparowując ocet. Nie jestem pewna, czy mogę to sobie liczyć jako białkową kolację, ten burak coś za słodki.
Mój krzak bazyliowy jest prawdziwym fighterem. Kupiłam go pierwszego września. Od tamtego czasu zdarzyło mi się już pięć przydługawych wycieczek do Polski i Holandii, a bazylia sobie rośnie. No, może po ostatnich trzytygodniowych wojażach (moich) nie tyle rośnie, co trwa. Ale trwa. Szacun.
Mój krzak bazyliowy jest prawdziwym fighterem. Kupiłam go pierwszego września. Od tamtego czasu zdarzyło mi się już pięć przydługawych wycieczek do Polski i Holandii, a bazylia sobie rośnie. No, może po ostatnich trzytygodniowych wojażach (moich) nie tyle rośnie, co trwa. Ale trwa. Szacun.
17 sty 2012
Rower zimą
No pięknie, miałam pilnować blogu, czas leci, a ja nie pilnuję. Mówi się już "bloga" czy nadal "blogu"? Wszystko przez mój zwykły problem z pisaniem - jak już sobie napiszę w głowie, to potem zupełnie nie mam ochoty robić tego drugi raz na klawiaturze. W tym miejscu należałoby pozdrowić moją pracę magisterską, nabierającą w pewnych kręgach statusu urban legend.
Zdjęcie na górze przedstawia co prawda rower wczesną jesienią (można dodać: mój wypasiony niemiecki rower), ale chciałam mieć jakieś zdjęcie. Rowerowanie zimą to temat zdecydowanie kontrowersyjny. Nie ma się co oszukiwać: żeby jeździć na rowerze przez całą nieholenderską zimę trzeba być niezłym oszołomem. Nie zmienia to jednak wszystkich prozdrowotnych i finansowych korzyści tej opcji.
Korzyść finansowa jest oczywista. Rzetelny rower kosztuje 100 euro (używany, po solidnym przeglądzie), nawet w Monachium, w którym ludziom się na mózg rzuciło w wielu dziedzinach. 12 miesięcznych biletów na samo centrum miasta - 540 euro, ze zniżką studencką jakieś 420. Nawet przy założeniu, że rower po każdej zimie trzeba wymienić albo zapłacić za naprawę tyle, co za nowy, korzyść jest bezdyskusyjna. Opcja "po co naprawiać, kupię nowy" jest moją ulubioną odkąd nie mieszkam już obok zaprzyjaźnionego od lat warsztatu. Babrać się nie będę. Nie mówiąc już o tym, że usługi w cywilizowanych krajach kosztują proporcjonalnie do zarobków w cywilizowanych krajach. Tylko że to nie są moje zarobki.
Podstawowa korzyść zdrowotna wynika z tego, że rower jest najlepszym przyjacielem biegacza. Pedałowanie wzmacnia mięśnie stabilizujące kolana, a jeśli do tego jeszcze pamiętamy o naciskaniu przednią częścią stopy, chronimy się też przed bólami piszczeli, które potrafią nieźle dokuczyć początkującym biegaczom.
Okej, nie każdy biega. Ale prawie każdy prowadzi taki tryb życia, jak ja. Moja praca polega na siedzeniu przy biurku, wpatrywaniu się w skupieniu w kartkę, a potem w ekran komputera. I tak na zmianę przez cały dzień. Jedyna dawka ruchu to zrobienie trzech dzbanków herbaty i pójście sześć razy do łazienki (w przyrodzie nic nie ginie, nieprawdaż). Wieczorem robię to samo, tylko na ekranie jest co innego. Chodzenie na fitness nawet i pięć razy w tygodniu nie nadrobi tak dramatycznego braku ruchu. Godzina dziennie na rowerze trochę ratuję tę sytuację, zwłaszcza że do domu mam pod górkę i tętno ładnie rośnie.
Oprócz tego zimą te pół godziny rano w drodze do szkoły to jedyna szansa na pobycie w dziennym świetle, a nawet słońcu. Nie mam serca wchodzić na ten czas pod ziemię. I jeszcze mniejsze problemy z zasypianiem (żeby zniknęły całkowicie, musiałabym chyba skończyć pisać tę magisterkę). I szeroki uśmiech po wejściu do biura, i ten rumieniec zdrowy!
Nie chcę rezygnować z powyższych przyjemności tylko dlatego, że jest zimno. Mogę za to podzielić się kilkoma radami, jak poradzić sobie z zimnem i śniegiem.
Pierwsza rzecz - śnieg niszczy rower, nie ma od tego ucieczki. Dlatego nawet oszołomy, o ile są bardzo przywiązane do swojego sprzętu, wsiadają w autobus, jeśli droga nie jest odśnieżona. Albo, jak ja, mają drugi rower w zapasie, którego nie szkoda. Powiedzmy sobie jednak szczerze: ile śnieżnych dni mieliśmy tej zimy?
Im mroźniej, tym bardziej trzeba się zastanowić, co wybrać: prędkość kontra skostniałe palce. Im szybciej jedziemy, tym krócej będziemy marznąć. Ale też: im szybciej jedziemy, tym bardziej chłoszcze nas zimne powietrze. Pomagają dobre rękawice, nie chodzi o grubość, ale wiatroodporność. Koledzy bardzo chwalili sobie takie narciarskie, które jednak kłócą się z moim cycle chic.
Czapka - nie aż tak konieczna. Moją osobistą granicą jest -7 stopni, przy których zaczyna mnie z zimna boleć głowa. Powyżej siedmiu wystarczą słuchawki na uszach, może kiedyś dorobię się nauszników.
Dobrze jest nosić ze sobą zapalniczkę - zamki lubią zamarzać, olej nie pomaga (olej dobrze jest mieć ze sobą w deszczowe miesiące), a stać i chuchać w rower można do, pardon, usranej śmierci.
Bezpieczeństwo przede wszystkim. Jeśli zamarzną nam oba hamulce, a nie możemy hamować pedałami, lepiej zostawić rower w domu. Na śliskiej drodze obowiązuje nas takie samo myślenie, jak kierowców - jedź powoli, żeby mieć czas zahamować, ewentualny upadek też będzie mniej bolesny.
No i fajnie jest mieć zadaszony stojak albo schowek. Mój pierwszy amsterdamski rower miał takie właśnie cieplarniane warunki. Drugi nie miał tego szczęścia i po ponad miesiącu na i pod śniegiem wszystkie metalowe elementy były przyrdzewiałe. Silver lining: mniejsza szansa na kradzież.
Mogłabym tak pewnie jeszcze długo wymieniać, ale zepsułabym sobie swoją własną opinię o tym, że nie lubię pisać (ja pracować nie lubię po prostu). Wniosek jest jeden: każdy miejski dystans poniżej 10 kilometrów warto spróbować pokonać na rowerze. Zawsze.
Koniec oszołomstwa na dziś.
8 sty 2012
Książki 2011
Skończenie pierwszej w tym roku książki przypomniało mi, że chciałam tu sobie ku pamięci zanotować, jak to było z czytaniem w ostatnim roku. Jakby nie było, życie ujęte w tabelki obejmuje nie tylko zapisywanie każdego przebiegniętego kilometra i przepoconej godziny, ale też przeczytanych książek oraz, w nieczęstych zrywach walki z prokrastynacją, przepracowanych godzin.
Cała afera z zapisywaniem książek zaczęła się od poprzedniego sylwestra, kiedy to w ferworze podsumowań zdałam sobie sprawę, że zawaliłam czytelniczo rok, czego niewątpliwą przyczyną były troski i znoje życia w Amsterdamie - ale przecież nie mogę pozwalać sobie na wymówki. Postanowiłam się pilnować i udało się - jest lepiej, nadal nie rewelacyjnie, ale lepiej. Przeczytałam w całości 30 książek (dwie zaczęte czekają na lepsze czasy, nigdy nie przypuszczałam, że Kochanek lady Chatterley może być tak nudny!), z czego 12 było po polsku (nie mam się co oszukiwać, po polsku nadal czytam swobodniej), a dziewięć polskich.
Trafiły mi się chyba tylko dwie naprawdę marne książki: Dłoń Michała Dąbrowskiego i Arlington Park Rachel Cusk. Ta ostatnia była dużym rozczarowaniem - miała być współczesna Pani Dalloway, wyszło gorzej od najnowszych serii Desperate Housewives. Kupiłam sobie na pocieszenie prawdziwą Panią Dalloway.
Za to świetnych było sporo. Dzięki Paulowi Theroux odkryłam, że może mnie zainteresować pisanie o podróżowaniu. Stephen Fry zachwyca także jako pisarz, co w ogóle nie dziwi. Dwie świetne książki o tym, jak ciężkie jest życie: Bornholm, Bornholm Klimko-Dobrzanieckiego i The Glass Room Mawera (Mawra?) - wydany też w Polsce, jako bodaj Przestrzeń za szkłem. Dwa dobrej klasy czytadła (dla mnie czytadła to książki, w których dużo się dzieje, a nie są o tym, że życie jest ciężkie): gwiazdkowy prezent, Cień wiatru Zafona, którego rzekoma kontynuacja już czeka na półce, i The Way the Crow Flies, po polsku jako Co widziały wrony. Było fajnie.
A na obrazku plan na kolejne miesiące. Odebrałam dzisiaj na poczcie owoc noworocznej wyprzedaży na AwesomeBooks, mogę teraz przebierać w łatwych książkach.
W nowym roku z nowym (...)
W świątecznej gazecie napisali, że sklepy sportowe na początku stycznia mają największy utarg. Nie spotkałam do tej pory osoby, która faktycznie obiecywałaby sobie rozruszanie się czy odchudzenie od nowego roku, więc wydawało mi się, że to taki standardowy tekst powtarzany w noworocznych gazetach, pośmiejmy się z siebie, żeby zrobiło się lżej, że przecież inni też nie potrafią wziąć się w garść. Jakież było moje zdziwienie! gdy dzisiaj, w pierwszą niedzielę stycznia, zobaczyłam na siłowni tłum, jakiego tam przez poprzednie cztery miesiące nie uświadczyłam. W mijającym tygodniu z kolei po klubie plątało się jakby więcej niż zwykle dziewcząt ważonych i mierzonych przez panie trenerki, przez który to rytuał sama musiałam przejść po wykupieniu karnetu. Czyli jednak.
Sama zresztą, w swoich jeszcze lśniąco białych nowych butach i równie nowych spodniach, wyglądam na ofiarę noworocznych postanowień. Trzy dni temu odbyłam też mój pierwszy trening-do-maratonu, co nawet we własnej głowie, która wie przecież, kiedy narodził się maratoński plan, brzmi śmiesznie na początku stycznia. Nic to, biegniemy dalej. We wrześniu być może Logiczka stanie się logiczką długodystansową.
Skąd maratoński plan? Przede wszystkim dlatego, że nie umiem żyć życia bez planu ujętego w tabelkę. Doktorat nie tylko nie dostarcza struktury w życiu, pozytywnych wrażeń też nie dostarcza, w Monachium nie mam się nawet do kogo odezwać i powoli sobie dziwaczeję, deprecha postępuje. No to znalazłam sobie tabelkę. Teraz, po małych modyfikacjach (3 kilometry? phi!), wiem, jak żyć, przynajmniej przez cztery dni w tygodniu. Jak dobrze pójdzie, pozostałe trzy zapełnię sobie niemieckim. Poza tym trzeba gdzieś jeszcze upchnąć pompki i pilates.
Poza tym, po tym, jak pod koniec listopada zupełnie niespodziewanie przebiegłam swoje pierwsze dziesięć kilometrów, które okazały się barierą tylko psychiczną, zrozumiałam, że nie ma na co czekać. Od dawna już powtarzałam sobie, że przed trzydziestką wypadałoby pobiec chociaż jeden maraton, no ale to może kiedyś, bo przecież tak od razu nie można. A właśnie że można, co zresztą udowadnia tabelka.
Oczywiście fajnie byłoby móc przygotowywać się z kimś, nawet nie chodzi o samo bieganie, które zdecydowanie nie jest społeczną czynnością (odkrywam też audiobooki, o czym innym razem), tylko o wspólną motywację i kogoś do obsesyjnych rozmów o bieganiu. Logik może długo nie pociągnąć z pełnym zrozumienia słuchaniem (zresztą, co czarnowidząco obwieściłam sobie niedawno, jeszcze przed maratonem Logik mnie rzuci), przydałby się ktoś z tą samą obsesją.
Sama zresztą, w swoich jeszcze lśniąco białych nowych butach i równie nowych spodniach, wyglądam na ofiarę noworocznych postanowień. Trzy dni temu odbyłam też mój pierwszy trening-do-maratonu, co nawet we własnej głowie, która wie przecież, kiedy narodził się maratoński plan, brzmi śmiesznie na początku stycznia. Nic to, biegniemy dalej. We wrześniu być może Logiczka stanie się logiczką długodystansową.
Skąd maratoński plan? Przede wszystkim dlatego, że nie umiem żyć życia bez planu ujętego w tabelkę. Doktorat nie tylko nie dostarcza struktury w życiu, pozytywnych wrażeń też nie dostarcza, w Monachium nie mam się nawet do kogo odezwać i powoli sobie dziwaczeję, deprecha postępuje. No to znalazłam sobie tabelkę. Teraz, po małych modyfikacjach (3 kilometry? phi!), wiem, jak żyć, przynajmniej przez cztery dni w tygodniu. Jak dobrze pójdzie, pozostałe trzy zapełnię sobie niemieckim. Poza tym trzeba gdzieś jeszcze upchnąć pompki i pilates.
Poza tym, po tym, jak pod koniec listopada zupełnie niespodziewanie przebiegłam swoje pierwsze dziesięć kilometrów, które okazały się barierą tylko psychiczną, zrozumiałam, że nie ma na co czekać. Od dawna już powtarzałam sobie, że przed trzydziestką wypadałoby pobiec chociaż jeden maraton, no ale to może kiedyś, bo przecież tak od razu nie można. A właśnie że można, co zresztą udowadnia tabelka.
Oczywiście fajnie byłoby móc przygotowywać się z kimś, nawet nie chodzi o samo bieganie, które zdecydowanie nie jest społeczną czynnością (odkrywam też audiobooki, o czym innym razem), tylko o wspólną motywację i kogoś do obsesyjnych rozmów o bieganiu. Logik może długo nie pociągnąć z pełnym zrozumienia słuchaniem (zresztą, co czarnowidząco obwieściłam sobie niedawno, jeszcze przed maratonem Logik mnie rzuci), przydałby się ktoś z tą samą obsesją.
1 lis 2011
i ta jesień
Po ponad miesiącu poprzeprowadzkowej deprechy (wszyscy daleko, Niemcy są głupie, robi się zimno, a w Holandii by nie się nie robiło etc.) udało mi się chyba wreszcie kopnąć we własny leniwy tyłek i powoli wracam do życia. W międzyczasie zaczął się mój ulubiony sezon żywieniowy - sezon na dynię. Nagła miłość do dyni dopadła mnie po zobaczeniu tych zdjęć, nie tylko mnie zresztą, o czym świadczy dyniowe szaleństwo na prawie wszystkich blogach kulinarnych, które mam w czytniku. O pieczonej dyni Jamiego jeszcze napiszę, jak tylko przeprowadzę z Amsterdamu moje Jamiowe książki - była to pierwsza potrawa, która skłoniła mnie do pomyślenia, że może dynia nie jest taka zła.
Niemcy okazały się dużo wdzięczniejszym miejscem na dyniowe dziwaczenie. Po weekendowych łowach miałam w lodówce pięć odmian, które po polsku nazwałabym tak: piżmowa (butternut), muszkatołowa, makaronowa (spaghetti), Hokkaido i chyba buttercup.

Piszę "chyba", bo ta zielona nie miała żadnej etykiety i próbowałam ją tylko dopasować do zdjęć z internetu. Mała przekrojona to Hokkaido, chyba najfajniejsza z dyń, które znam. Miąższ jest bardzo suchy, dobrze się dusi, a sam owoc łatwo obiera. Poza tym jest niewielka, więc z raz rozkrojoną i obraną nie trzeba się męczyć trzy dni (ot, uroki życia w pojedynkę). Żółta w paski to makaronowa, która póki co czeka na swoją kolej, bo jeszcze się jej trochę boję. Trik z dynią makaronową jest taki, że po upieczeniu jej w połówkach ponoć można widelcem w poprzek wyskrobywać miąższ tak, że odłazi nitkami jak makaron. No zobaczę.
Tak jak w zeszłym roku jadłam codziennie dynię Jamiego na zmianę z tartą z niebieskim serem, tak w tym roku na tapecie jest dyniowy omlet. Zjadam ich w tygodniu chyba z pięć, no kidding. Nie ma to jak porządna obsesja. Omlet robi się tak: dynia w kostkę, trochę oliwy na patelnię. Pieprz, tymianek, szałwia (mam taką jakby w proszku, w Polsce rozdzierałam torebki Herbapolu). Podlewam 50-70 ml wody i duszę do miękkiego w półprzykryciu (półprzykrycie polega na tym, że nie dorobiłam się jeszcze pokrywki na patelnię, więc używam małej od garnka, którą kładę bezpośrednio na dynię - w Amsterdamie za pokrywkę robił wok, więc postęp jest). Kiedy dynia jest już miękka, wylewam na nią 2 (kolacja) lub 3 (obiad) rozbełtane jajka, na górę idzie trochę sera w kostkę (niebieski najlepszy, ale gouda też dała radę). Smaży się taki omlet przykryty (czasem dla odmiany blachą z piekarnika) ze trzy minuty może. Oj, jakie to jest dobre, a proste przecież.
Niemcy okazały się dużo wdzięczniejszym miejscem na dyniowe dziwaczenie. Po weekendowych łowach miałam w lodówce pięć odmian, które po polsku nazwałabym tak: piżmowa (butternut), muszkatołowa, makaronowa (spaghetti), Hokkaido i chyba buttercup.
Piszę "chyba", bo ta zielona nie miała żadnej etykiety i próbowałam ją tylko dopasować do zdjęć z internetu. Mała przekrojona to Hokkaido, chyba najfajniejsza z dyń, które znam. Miąższ jest bardzo suchy, dobrze się dusi, a sam owoc łatwo obiera. Poza tym jest niewielka, więc z raz rozkrojoną i obraną nie trzeba się męczyć trzy dni (ot, uroki życia w pojedynkę). Żółta w paski to makaronowa, która póki co czeka na swoją kolej, bo jeszcze się jej trochę boję. Trik z dynią makaronową jest taki, że po upieczeniu jej w połówkach ponoć można widelcem w poprzek wyskrobywać miąższ tak, że odłazi nitkami jak makaron. No zobaczę.
Tak jak w zeszłym roku jadłam codziennie dynię Jamiego na zmianę z tartą z niebieskim serem, tak w tym roku na tapecie jest dyniowy omlet. Zjadam ich w tygodniu chyba z pięć, no kidding. Nie ma to jak porządna obsesja. Omlet robi się tak: dynia w kostkę, trochę oliwy na patelnię. Pieprz, tymianek, szałwia (mam taką jakby w proszku, w Polsce rozdzierałam torebki Herbapolu). Podlewam 50-70 ml wody i duszę do miękkiego w półprzykryciu (półprzykrycie polega na tym, że nie dorobiłam się jeszcze pokrywki na patelnię, więc używam małej od garnka, którą kładę bezpośrednio na dynię - w Amsterdamie za pokrywkę robił wok, więc postęp jest). Kiedy dynia jest już miękka, wylewam na nią 2 (kolacja) lub 3 (obiad) rozbełtane jajka, na górę idzie trochę sera w kostkę (niebieski najlepszy, ale gouda też dała radę). Smaży się taki omlet przykryty (czasem dla odmiany blachą z piekarnika) ze trzy minuty może. Oj, jakie to jest dobre, a proste przecież.
8 wrz 2011
Wokół Mansfield Park
W ramach zrywu z cyklu “jakim cudem nie przeczytałam jeszcze wszystkich powieści Austen”, kupiłam w kwietniu “Mansfield Park” i męczyłam aż do dzisiaj. Pierwsze 150 stron: czy ta książka musi być taka nudna? Widziałam doskonale, jak dobrze napisane są dialogi, z jaką ironią przedstawione te wszystkie ciotki, ale, na boga, naprawdę nic się nie działo! Przez dwa czy trzy miesiące używałam jej jako ostatniej instancji w bezsenne wieczory, trzy strony wystarczały do uśpienia. Potem rzecz się rozkręciła.
Pierwsze wrażenie: “Jane Eyre” dla czytelników o słabszych nerwach. Jane Eyre to taka szara mysz ze smutnym dzieciństwem i trwogą przed Bogiem. Potem się okazuje, że jednak nie jest mimozą i potrafi się postawić, jeśli ktoś chce ją zepchnąć z cnotliwej drogi. Fanny Price jest taka właśnie, tylko nie musiała się tyle nacierpieć (chociaż też nie miała za młodu ogrzewania), a rzecz rozgrywa się w słonecznych salonach zamiast ponurego zamczyska.
Tradycyjnie już obejrzałam do pary ekranizacje, w tym wypadku “klasyczną” z 1999 roku i jakiś gniot z 2007, o którym nie ma nawet co pisać, może poza tym, że lepiej trzyma się oryginału. W obu filmach ze słabowitej Fanny, która mdleje po półgodzinnym spacerze, zrobiono biegającego po ogrodzie trzpiota, który tylko gra w badmintona i jeździ konno.
Film z 1999 roku to w moich oczach raczej luźna interpretacja powieści. Fanny, nie dość, że taka zuch dziewczyna, okazuje się jeszcze wcieleniem młodej Jane Austen: pisze zabawną historię Anglii, a na koniec nawet ma coś opublikować. Zrobienie z niej tak żywotnej i accomplished panny wypacza cały koncept, w ogóle nie widać jej żelaznych zasad i moralnego kręgosłupa, który gubi się gdzieś między ostrym językiem (Fanny Price i docinki?!) a uśmiechami. Wszystkie komentarze, jakoby była ona taka nieśmiała, w filmie są poza swoim kontekstem i nie mają najmniejszego sensu. Tak samo jak nie wiemy naprawdę, dlaczego ona tak bardzo broni się przed małżeństwem z Crawfordem.
Acha, no tak. Nie chce Crawforda, bo przecież ona i Edmund kochają się od dziecka. Edmunda w ramiona panny Crawford pcha na siłę jego ojciec, który chce dobrze ustawić młodszego syna. Wypaczenie relacji między głównymi romantycznymi bohaterami powieści jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe - historia w książce broni się sama i dałoby się ją opowiedzieć wiarygodnie. Tym bardziej, że widz w 1999 roku jest już zaprawiony w bojach, widział “Emmę”, “Rozważną i romantyczną”, a nawet “Dumę i uprzedzenie” w wersji BBC i naprawdę nie trzeba mu nic uwspółcześniać i uatrakcyjniać.
W filmie dopisano też nowy wątek: oto okazuje się, że interesy, których pilnować musi Sir Thomas, oparte są na wyzysku niewolników. Fanny, oświecona i oczytana w nowoczesnych pismach, ciężko to przeżywa, co Sir Thomas komentuje mniej więcej tak: możesz sobie narzekać, ale pamiętaj, kto cię utrzymuje i dzięki czemu go na to stać. Wydaje mi się, że w tym akurat filmie taki wątek jest niepotrzebny, ale przypomniał mi o ogólniejszej refleksji.
Czytając latem esej Dorris Lessing o Jane Austen, zdałam sobie sprawę, jak lubię tego typu odbrązawianie jej powieści. Odsłonięcie kulisów tych wszystkich eleganckich herbatek. Że czasy “Dumy i uprzedzenia” to nie tylko czasy wysokiego stanu w sukniach, ale też wojen napoleońskich i handlu niewolnikami. Że życie mężatki, kwitowane zawsze u Austen stwierdzeniem “ponieważ byli tak dobrze dobrani, byli bardzo szczęśliwym małżeństwem”, oznaczało bezustanne ciąże i związane z nimi zagrożenie życia. Chętnie obejrzałabym film, który by to wszystko jakoś pokazał. “Becoming Jane” to jeszcze nie to, o ile w ogóle można tam mówić o zbliżaniu się do takiej wizji.
Między rozpoczęciem a zakończeniem “Mansfield Park” przeczytałam tyle współczesnych powieści, że na chwilę mam dosyć. Wracam do klasyki, ostatnio zresztą czuję się mocno niedouczona. Zostałam teraz z jedną jedyną książką, reszta została w Amsterdamie, leci też do mnie (mam nadzieję!) paczka z UK. Tą jedyną jest “Tess of the D’Urbervilles” Hardy’ego, która męczy mnie bardzo po sielankowej Austen. Czarny charakter jest obrzydliwy i boję się, co złego jeszcze narobi.
Pierwsze wrażenie: “Jane Eyre” dla czytelników o słabszych nerwach. Jane Eyre to taka szara mysz ze smutnym dzieciństwem i trwogą przed Bogiem. Potem się okazuje, że jednak nie jest mimozą i potrafi się postawić, jeśli ktoś chce ją zepchnąć z cnotliwej drogi. Fanny Price jest taka właśnie, tylko nie musiała się tyle nacierpieć (chociaż też nie miała za młodu ogrzewania), a rzecz rozgrywa się w słonecznych salonach zamiast ponurego zamczyska.
Tradycyjnie już obejrzałam do pary ekranizacje, w tym wypadku “klasyczną” z 1999 roku i jakiś gniot z 2007, o którym nie ma nawet co pisać, może poza tym, że lepiej trzyma się oryginału. W obu filmach ze słabowitej Fanny, która mdleje po półgodzinnym spacerze, zrobiono biegającego po ogrodzie trzpiota, który tylko gra w badmintona i jeździ konno.
Film z 1999 roku to w moich oczach raczej luźna interpretacja powieści. Fanny, nie dość, że taka zuch dziewczyna, okazuje się jeszcze wcieleniem młodej Jane Austen: pisze zabawną historię Anglii, a na koniec nawet ma coś opublikować. Zrobienie z niej tak żywotnej i accomplished panny wypacza cały koncept, w ogóle nie widać jej żelaznych zasad i moralnego kręgosłupa, który gubi się gdzieś między ostrym językiem (Fanny Price i docinki?!) a uśmiechami. Wszystkie komentarze, jakoby była ona taka nieśmiała, w filmie są poza swoim kontekstem i nie mają najmniejszego sensu. Tak samo jak nie wiemy naprawdę, dlaczego ona tak bardzo broni się przed małżeństwem z Crawfordem.
Acha, no tak. Nie chce Crawforda, bo przecież ona i Edmund kochają się od dziecka. Edmunda w ramiona panny Crawford pcha na siłę jego ojciec, który chce dobrze ustawić młodszego syna. Wypaczenie relacji między głównymi romantycznymi bohaterami powieści jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe - historia w książce broni się sama i dałoby się ją opowiedzieć wiarygodnie. Tym bardziej, że widz w 1999 roku jest już zaprawiony w bojach, widział “Emmę”, “Rozważną i romantyczną”, a nawet “Dumę i uprzedzenie” w wersji BBC i naprawdę nie trzeba mu nic uwspółcześniać i uatrakcyjniać.
W filmie dopisano też nowy wątek: oto okazuje się, że interesy, których pilnować musi Sir Thomas, oparte są na wyzysku niewolników. Fanny, oświecona i oczytana w nowoczesnych pismach, ciężko to przeżywa, co Sir Thomas komentuje mniej więcej tak: możesz sobie narzekać, ale pamiętaj, kto cię utrzymuje i dzięki czemu go na to stać. Wydaje mi się, że w tym akurat filmie taki wątek jest niepotrzebny, ale przypomniał mi o ogólniejszej refleksji.
Czytając latem esej Dorris Lessing o Jane Austen, zdałam sobie sprawę, jak lubię tego typu odbrązawianie jej powieści. Odsłonięcie kulisów tych wszystkich eleganckich herbatek. Że czasy “Dumy i uprzedzenia” to nie tylko czasy wysokiego stanu w sukniach, ale też wojen napoleońskich i handlu niewolnikami. Że życie mężatki, kwitowane zawsze u Austen stwierdzeniem “ponieważ byli tak dobrze dobrani, byli bardzo szczęśliwym małżeństwem”, oznaczało bezustanne ciąże i związane z nimi zagrożenie życia. Chętnie obejrzałabym film, który by to wszystko jakoś pokazał. “Becoming Jane” to jeszcze nie to, o ile w ogóle można tam mówić o zbliżaniu się do takiej wizji.
Między rozpoczęciem a zakończeniem “Mansfield Park” przeczytałam tyle współczesnych powieści, że na chwilę mam dosyć. Wracam do klasyki, ostatnio zresztą czuję się mocno niedouczona. Zostałam teraz z jedną jedyną książką, reszta została w Amsterdamie, leci też do mnie (mam nadzieję!) paczka z UK. Tą jedyną jest “Tess of the D’Urbervilles” Hardy’ego, która męczy mnie bardzo po sielankowej Austen. Czarny charakter jest obrzydliwy i boję się, co złego jeszcze narobi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)