Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turbostudiowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turbostudiowanie. Pokaż wszystkie posty

3 wrz 2011

On the move



Minał sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień... Minął sierpień w każdym razie, spędzony na totalnej załamce magisterskiej i szalonym pakowaniu na koniec, i oto mamy logiczkę w Bawarii. Na zdjęciu po prawej stronie budynek, w którym spędzę 36 miesięcy i napiszę książkę, pośrodku zaś budowla, która odbierze mi część przyjemności z chodzenia do pracy.

Ostatnie trzy dni sierpnia spędziłam na gorączkowym pozbywaniu się połowy posiadanych przedmiotów. Pierwsze trzy dni września - na tak samo nerwowym kupowaniu dokładnie tych samych rzeczy kilkaset kilometrów dalej. Garnki, patelnie, pudełka takie i inne, talerz i kubek... Przeraziło mnie takie marnotrawstwo. Jasne, część rzeczy w Amsterdamie znalazła nowych właścicieli (a logik już na drugi dzień po tym, jak uszczęśliwiłam go sobą i moim dobytkiem w jego jednoizbowym mieszkaniu, chciał mi to wszystko oddać), ale części nie udało się nikomu wepchnąć. Tradycyjnie już zaczynam się zastanawiać, ile jeszcze takich przeprowadzek ponad granicami mnie czeka, i ile rzeczy trzeba będzie zgromadzić i porzucić po drodze.

6 cze 2011

Trzeba przenieść Logiczkę

Niezrażona porównywaniem mnie do Paulo Coelho, piszę dalej :)

W ostatnią środę dopadła mnie przedwczesna, zapobiegawcza nostalgia. Zostały mi już tylko trzy miesiące w Amsterdamie, a potem trzeba będzie zainstalować Logiczkę w zupełnie innym kawałku świata. Bez zaskoczenia obserwuję, jak mi na ten temat jest na zmianę smutno i euforycznie.

No bo tak. Z Amsterdamem jeszcze nie skończyłam, to na pewno. Ciągle nie byłam w muzeum torebek, nie doczytałam tego, co miałam doczytać o architekturze. Lubię Vermeera za rogiem i to, że mam rozkminione podatki i inne urzędy. Lubię niespodziewane dodatki do pensji. Zupełnie nie mam ochoty (nigdy przecież nie miałam) uczyć się niemieckiego, no i w ogóle dokładanie sobie trzeciego języka do głowy, w której i tak zdążyło się już namieszać? Oczywiście było to całkiem do przewidzenia, bo póki nie będę mieszkać w UK, lokalnie trzeba będzie mówić.

Lubię ludzi, z których część rozjeżdża się po swoich doktoratach, ale część zostaje i będzie dalej wieść logiczne życie. Logiczne życie też lubię, choć składa się głównie z intelektualnej frustracji i poczucia winy, że nie pracujemy tak ciężko, jak powinniśmy.

Jeszcze wczesną wiosną myślałam, że jestem jeszcze zupełnie niegotowa na doktorat i muszę się przehibernować kolejny rok jako studentka. A potem przez wiosnę dokonał się skok jak u Marksa, z ilości w nową jakość, i nagle nie ma się czego bać. Jeśli sześć lat studiowania nie zrobiło ze mnie samodzielnej logiczki, to i kolejne sześćdziesiąt tego nie dokona. Przeflancujemy Logiczkę do Monachium, dostanie swoje własne biurko, nareszcie swoje mieszkanie, konferencje do jeżdżenia i trzech promotorów (tak, tak) i będzie mogła dziwaczeć dalej.

A w pakiecie z językiem niemieckim jest nieograniczony dostęp do Rossmanna, tanie jedzenie, warzywa, które mają smak, i żelki Haribo. Czyli tak jakby jest się z czego cieszyć. Tak poza tym, że będę pracować w miejscu, które jest filozoficznie tak hot i happening, że bardziej nie można.

Acha, a jak ktoś używa iTunesów i ma ochotę popatrzeć na filozofię w Monachium (a dzieje się, dzieje), to może tutaj:
MCMP Podcast

27 maj 2010

Nauczyłam się dzisiaj...

Wyobraź sobie, że piszesz długi tekst, w którym korzystasz z, powiedzmy, pięćdziesięciu przykładowych zdań rozsianych po całym dokumencie. Wszystkie są oczywiście ponumerowane, a do niektórych odnosisz się w zdaniach typu: "Jak pokazuje przykład (x)...".

Tekst już prawie skończony, numerki sprawdzone, a tutaj nagle zachciewa Ci się dodać nowy przykład pomiędzy trzydziestym i trzydziestym pierwszym. I co teraz?

Nauczyłam się dzisiaj, jak pisać dokument tak, że sam numeruje sobie te przykłady, a jeśli dodam jakiś w środku, to sam sobie pozmienia numerki - także te w odwołaniach w tekście!

Coraz bardziej zakochuję się w Latechu (wiem, że powinnam była to zrobić wieki temu) - w ciągu miesiąca pisania różnych rzeczy nie było jeszcze sytuacji, że wymyśliłam sobie coś i nie dało się tego zrobić. Samo się robi!

Jak ja bym chciała, żeby treść pracy też sama się pisała.

Acha, a numerowane przykłady wprowadza się przez \enumsentence{} (wklepałam dwa pakiety do tego, lingmacros i tree-dvips, ale mam wrażenie, że potrzebny jest tylko ten pierwszy, nie chce mi się sprawdzić). Można je spokojnie oznaczać przez \label.

23 maj 2010

Technika w służbie magisterki 1: LeechBlock

Dawno mnie tu nie było, a coraz częściej mam ochotę się rozkręcić.

Małymi krokami zaczynam pisać pracę magisterską. Zgodnie z zasadą, że lepiej obronić się szybko niż dobrze, postanowiłam udowodnić temu światu, że da się napisać pracę z logiki w sześć-siedem tygodni. I odkrywam coraz więcej narzędzi, dzięki którym życie logiczki jest dużo prostsze. O Zotero i Latexu/Latexie napiszę później, bo to większy kaliber, a dziś wieczorem właśnie zainstalowałam sobie coś takiego:

https://addons.mozilla.org/en-US/firefox/addon/4476/

Wtyczka do Firefoxa, która blokuje wybrane strony internetowe w określonych godzinach w ciągu dnia albo ogranicza dostęp do nich do na przykład godziny dziennie (albo jedno i drugie, czym się właśnie uraczyłam). W wersji hardcore: w czasie blokowania niemożliwe jest wejście w opcje wtyczki i zmiana konfiguracji - trzeba poczekać do tej siedemnastej.

Jutro będą testy. Acha, i jeszcze ustawiłam to tak, że przy próbie odwiedzenia zablokowanej strony przekierowuje mnie na stronę projektu, w ramach którego złożyłam w piątek papiery na doktorat (tak, tak!) - w ramach motywacji. Bardziej pro-produktywnie już być nie może, chyba żebym jeszcze znalazła filtr treści wyszukiwanych w wikipedii, bo nie mogę jej sobie przecież blokować (jak pokazują badania, oczywiście naukowe, polskie prace magisterskie wikipedią stoją - i mowa tu o ctrl-c-ctrl-v, a nie szukaniu wstępnych informacji), a jednak sporo czasu spędzam czytając artykuły o historii architektury albo o Żydach w Polsce. Dostarcza mi to oczywiście inspiracji do rozważań o minięciu się z powołaniem i takich tam. Przejściowe, mam nadzieję.

1 mar 2010

studiuj, byle nie za dużo

Jakiś czas temu dostałam informację z biura międzynarodowego w Utrechcie, że bardzo jest tamtejszej pani przykro, ale musiała poinformować biuro wrocławskie, że popełniłam wyłudzenie - uwaga, uwaga! - poprzez studiowanie na drugim kierunku, który przytrafił się w tym samym kraju, co mój Erazmus. Także żaden grant mi nie przysługuje i będzie trzeba oddać 2500 euro - których oczywiście nie mam, to znaczy mam, ale mam zamiar przeżyć za nie następne 4 miesiące.

Ale pani ma dla mnie pocieszenie - nie anulują mi ocen, które zdobyłam w Utrechcie, i nie będę musiała powtarzać semestru.
Bardzo miła pani. To nic, że wiedziała o moich drugich studiach już we wrześniu. Teraz dopiero coś ją naszło. Porozmawiać ze mną? A po co, można od razu zrobić raban.

Na szczęście Polacy wykazują się myśleniem. Pani z Wrocławia, której o sobie przypomniałam na wszelki wypadek, napisała do Utrechtu, że mają się odczepić, drugi kierunek to moja sprawa i ich nie interesuje. Uff.

Absurd całego wydarzenia (i podwójny stres - że trzeba będzie zwrócić grant i że pewnie nie wydadzą mi dyplomu, póki tego nie zrobię) powalił mnie na kolana. No bo tak: jedziesz na Erazmusa pić i palić trawę przez 4 miesiące za unijne pieniądze, nie pojawiając się ani razu na zajęciach - dobrze, zdobywasz cenne doświadczenia. Jedziesz na Erazmusa i wykorzystujesz te pieniądze na edukację, zapieprzając od rana do nocy (niech mama wybaczy język) - źle, oddawaj kasę!

25 gru 2009

Guglu, translate!

Któryś z niepolskich znajomych napomknął ostatnio, że zajrzał z ciekawości na ten blog. To rozbudziło z kolei moją ciekawość i wrzuciłam kilka postów w Google Translate. Zabawa jest przednia, a tłumaczona treść postów stawia mnie w jeszcze mniej korzystnym świetle. No głupia laska z Erazmusa. Cel został osiągnięty! (No subgoals, jak by to ujęła Isabel)

One of the non-Polish friends hinted recently that looked with curiosity at this blog. This, in turn, aroused my curiosity and put a few posts on Google Translate. Fun is the front, and the translated text posts puts me in a less favorable light. No stupid stick with Erasmus. Objective has been achieved! (No subgoals, as if it has included Isabel)

10 gru 2009

Jest jeden taki dzień w roku, kiedy rano pierwszą stroną, którą ładuję w firefoxie nie jest Stanikomania, tylko strona ministerstwa nauki. Ciekawe, czy ludzie, którzy mają "prawdziwą" pracę i plany na przyszłość też doświadczają tego frustrującego uczucia, że o ich przyszłości decyduje ktoś gdzieś daleko.

10 wrz 2009

update

Apdejt znad podręczników (tak, tak, uczę się z rana). Utrecht przyznał się do wprowadzenia mnie w błąd w sprawie języka moich zajęć.Mogę się przepisać na zajęcia o współczesnym społeczeństwie Holandii, prowadzone przez świetną panią. Co prawda ten przedmiot też pokrywa się z logiką modalną w Amsterdamie, ale zawsze to jeden kłopot mniej.
I jeden więcej, bo trzeba będzie kupić podręcznik (nie ma innej opcji, tego nie ma w bibliotekach). No ale czasem można zaczaleć.

Jeśli chodzi o przepisywanie zajęć - odpowiedzi nie ma. Muszą skonsultować się z regulaminami erasmusa. To będzie trwało sto lat, ja już prędzej zrobię Dutch Minor niż oni przebrną przez te regulaminy. Być może to właśnie im zaproponuję.

Dutch Minor to nowa propozycja Utrechtu dla obcokrajowców. Jeśli się podczas pobytu tam zrobi 4 przedmioty z pewnej listy (czyli po jednym na każdy okres zaliczeniowy, tak, jak sobie zaplanowałam), po roku dostanie się certyfikat, że ma się Minor w Dutch Studies. Przedmioty są o Holandii i Holendrach, trochę historii, trochę o sztuce i Złotym Wieku. Podoba mi się to bardzo, gdyby udało się znaleźć czas, to czemu nie.

9 wrz 2009

UBA

Kurczę, nie miałam kiedy napisać o tym, że byłam w poniedziałek w magicznej bibliotece. Odważyłam się wreszcie skorzystać z któregoś z tych legendarnych przybytków zachodniego dobrobytu (te rzędy półek z wolnym dostępem, a na każdej książki o logice).

Biblioteka, jako się rzekło, jest magiczna. Bierzesz książkę z półki (albo i dwie, zaszalałam), idziesz do jaskrawo oświetlonego pomieszczenia, które wygląda trochę jak szpital, a trochę jak statek Imperatora (ten, w którym na tle ścian biali żołnierze Imperium byli prawie niewidoczni). W pomieszczeniu niepozorna półka ze sklejki (taa...) i ekran nad nią. Ekran mówi: połóż książki na półce. Kładę. Ekran: położyłeś 2 przedmioty, czy mam rację? Nerwowo odsunęłam od półki torebkę, jeszcze mi tam coś prześwietli i powie, co gdzie trzymam. Tak, masz rację, ekranie, 2 książki.
Acha, oto lista tych książek: (lista). Czy chcesz je wypożyczyć? Mam wydrukować paragon?

Wszystko się odbywa zdalnie i magnetycznie, i bardzo to jest na miejscu, bo przecież książki mają na nas magnetyczny wpływ czasem, zwłaszcza te o logice intensjonalnej.

Odnalazłam ciebie w sobie (Gosia?)

Ale miałam dziś przygodę. Głęboki szok, o jaki mnie przyprawiła, sprawił, że wreszcie czuję, że ja to ja, i minęło mnóstwo stresu przeprowadzkowego. Bo przecież świat jest ten sam, a to znaczy, że nadal będzie się mnie słuchał.

Do rzeczy. Nie pamiętam, czy już o tym pisałam, ale Utrecht nadal nie zdecydował się, czy wolno mi robić zajęcia w Amsterdamie, co znacząco poprawiłoby mi komfort życia. Tymczasem w Utrechcie zaczął się semestr i musiałam pojechać dziś na pierwsze zajęcia. Wybrane jeszcze w czerwcu z listy dostarczonej Erazmusom przez uniwersytet, i których, jak poinformowano nas w piątek na spotkaniu, z planu zajęć wyrzucić już nie można.

Które, jak się okazało, są po niderlandzku. Ze łzami w oczach wysłuchałam czterdziestominutowej przemowy pani prowadzącej (z której, o dziwo, większość zrozumiałam). Całkiem już blada, podeszłam w przerwie do miłej pani. Bo jest taka sprawa, jestem z Erazmusa, dokumenty sugerowały, że ten przedmiot prowadzony jest po angielsku. - No tak, podręcznik jest po angielsku, i większość tekstów. - Ale ja nie znam niderlandzkiego. W ogóle. - Miła pani też zbladła.

Udało nam się osiągnąć pewien stopień porozumienia, chyba. Jak jestem zestresowana, to niekoniecznie wiem, co się do mnie mówi. No ale, jeśli nie uda mi się sprawy wyjaśnić z szanownym biurem (które tym samym podpadło mi po raz kolejny), to będę mogła oddawać zadania domowe napisane po angielsku. Na obu egzaminach też będę mogła odpowiadać po angielsku - na niderlandzkie pytania...

Przez kolejne pół godziny byłam całkiem blada, a potem wstąpiła we mnie znienacka bardzo niebezpieczna energia. No bo jak inaczej nauczyć się niderlandzkiego w 2 miesiące? Intensywnie, ot co! Najmniej spodziewana motywacja, ale też być może najskuteczniejsza. Właśnie siadam do podręcznika, pierwszy raz, odkąd tu przyjechałam.

Także w tej chwili mam przed sobą trzy scenariusze:
1. Utrecht godzi się na wszystko, nie muszę tam jeździć. W Amsterdamie robię 5 przedmiotów, w tym wymarzoną logikę modalną. W życiu pojawia się pewna stabilizacja.

2. Utrecht na nic się nie godzi. Muszę zrezygnować z logiki modalnej, ale w zamian dostaję przygodę z językiem niderlandzkim. W życiu pojawia się element szaleństwa.

3. Utrecht na nic się nie godzi, ale ja nic sobie z tego nie robię. Do przygody z niderlandzkim dokładam logikę modalną, nie rezygnując z niej. Robię 5 przedmiotów w Amsterdamie i szósty w Utrechcie. Z życia znika wszelka radość, poza radością zajeżdżania się do upadłego w imię zasad i miłości do wiedzy.

No jutro już musi się coś w tej materii okazać, bo zwariuję. Ileż można siedzieć i gryźć palce. A jak już człowiek myśli, że bardziej zamotać się tego nie da, to go wysyłają na zajęcia w obcym jezyku.

6 wrz 2009

Utrecht





No, ale straciłam rozpęd, cztery dni bez blogowania to za dużo, jeszcze wypadnę z rytmu i będzie jak z pilatesem.

W piątek byłam w Utrechcie na spotkaniu informacyjnym dla tamtejszych Erasmusów, do których zresztą oficjalnie należę. Tylko, że, jak to ja, wzięłam kasę i uciekłam. Zafundowano nam krótki wykład o studiowaniu w Niderlandach i dowiedziałam się na przykład, że dziesięciostopniowa skala tłumaczy się jasno: 10 jest dla boga, 9 dla nauczyciela, niektórzy studenci mogą pomarzyć o 8. To tłumaczy wypowiedź jednej prowadzącej w Amsterdamie: "Jeśli ktoś naprawdę zasługuje, to chętnie daję wysokie oceny. W zeszłym roku miałam studenta, który w semestrze zdobył 98% możliwych do zdobycia punktów. No przecież ktoś taki zasługuje na 9." Myślę, że ze 100% miałby szansę na 9,5...

Samo miasto jest przepiękne, przynajmniej to, co u nas nazywałoby się starym miastem - choć na przykład okolice dworca wcale na to nie wskazują. Właśnie, piękna własność holenderskich kolei - bilet na intercity kosztuje tyle samo, co na osobowy, dzięki czemu do Utrechtu jechałam równo 20 minut.

No, ale miasto. Dużo mniej niż w Amst. wieje, to chyba zasługa oddalenia od morza (niewielkiego, ale jednak) i gęstszej zabudowy - nie ma szerokich kanałów na przestrzał, w których wiatr się morze rozpędzać, jak chce.
Katedra w Utrechcie budzi tęsknotę za francuskim gotykiem, którego wspomnienie zaczyna mi się niebezpiecznie zacierać, a do Francji jednak nie mam ochoty jechać. Także na razie Utrecht musi wystarczyć. Przepiękna wieża (zguglujcie sobie!) naprawdę góruje nad miastem, wcale nie jest łatwo się zgubić. Wieżę od reszty katedry oddziela całkiem szeroka ulica, trudno wyobrazić sobie, jak ogromna to była budowla. W 1674 roku nad Utrechtem przeszedł huragan, który zwalił całą nawę i wieżę wielu innych kościołów. Pewnie dlatego też nie ostały się witraże, więc wnętrze tego, co z katedry pozostało, zalanie jest światłem niestety białym.
Huragan zmiótł też wieże romańskich kościołów (Utrecht jest jednym z najstarszych miast Holandii), widziałam Buurkerk i Janskerk, bryła jest nieładnie zaburzona.

Oprócz nawałnicy katedrę w Utrechcie spotkało jeszcze jedno nieszczęście, o ile pamiętam, w 1580 roku. Protestanci zniszczyli wtedy wszystkie przejawy bałwochwalczych kultów katolików. Świątynia pełna jest dzieł sztuki, których postacie pozbawione są twarzy. Na zdjęciu na początku wpisu tego nie widać, ale na tamtej płaskorzeźbie twarz zachował tylko bóg, patrzący na scenę z samej góry. Mocno mnie tamten widok zatrwożył, to trochę jak z Herostratesem, ślady ludzkiej ręki łatwiej mi odnaleźć w tym zniszczeniu, niż w pieczołowicie przechowywanych i nietkniętych arcydziełach. Ciekawe swoją drogą, czy protestancki dekapitator (jest takie słowo?) nie odrąbał twarzy samemu Stwórcy, bo ten był za wysoko, czy jednak zadrżała mu ręka?

W Utrechcie spodobało mi się tak bardzo, że przez chwilę żałowałam, że wybrałam życie zdziwaczałej logiczki zamiast sympatycznej erasmuski. Ale tylko przez chwilę.

30 sie 2009

Jak szarlotka z rana







Mam nadzieję, że z czasem uda mi się nauczyć sensownie wklejać zdjęcia. Na razie jest tak.

W zasadzie nie bardzo umiem odpowiedzieć na wszystkie tajemnicze pytania, które wczoraj wrzuciłam, żeby trzymać rzeszę nielogicznych czytelników w napięciu (logiczni czytelnicy mają inne powody do napinania). Wiadomo, że chodzi i tak o to tylko, żeby się pochwalić, gdzie mieszkam i że w pełnym luksusie (za dewizy).

Rower mieszka w specjalnym dla niego pomieszczeniu, które ma automatyczne drzwi i nie trzeba ich trzymać łokciem. Każde piętro każdego skrzydła akademika ma taki schowek, wygląda więc na to, że buduje się tutaj zgodnie z zasadą: na każdego mieszkańca przypada przynajmniej jeden rower. Nawet winda jest taka bardziej towarowa, że nie trzeba stawiać rowerów na sztorc, ba! Nie trzeba z niej tyłem wyjeżdżać, bo zawsze wychodzi się przeciwną stroną windy, niż się wchodziło. W życiu bym nie wpadła na tak prosty pomysł.

Natomiast my z Julią (o której nic jeszcze nie wiem, bo chowam się w swoim pokoju, ale może obczaję ją na Facebooku) mieszkamy nie z rowerami, tylko ze sobą. Pokój mam ogromny, a mebli jeszcze mniej niż w domu, efekt: mam pustkę. Tylko dlaczego mam 4 łóżka?

Łóżka stoją sobie w konfiguracji dwa po dwa i, ściśle rzecz ujmując, są materacami. Być może jest ich tyle, żebym mogła wypełnić sobie pustkę, na przykład rozkładając je jeden obok drugiego. Albo może Holendrzy wiedzą dobrze, że studenci częściej śpią niż się uczą, trzeba im więc zapewnić odpowiednie warunki. Albo kosmiczna sprawiedliwość jednak działa i właśnie zostałam wynagrodzona za dwa lata spania na dmuchanym materacu. Myślę, że to tylko kwestia czasu, zanim ustawię wszystkie materace jeden na drugim i zabawię się w księżniczkę na ziarnku grochu, albo na jakimś innym ziarnku. Albo włożę pod spód jakąś książkę o postmodernizmie i sprawdzę, czy będzie mnie uwierać.

Mieszka się całkiem przyjemnie, kuchnia jest w miarę rozsądnie wyposażona, dzisiaj mam zamiar smażyć naleśniki na 3 dni przynajmniej. Gotowanie na zapas ma mnie chronić przed nieprzemyślanym wydawaniem pieniędzy na jedzenie na mieście, taki jest plan. Na razie się sprawdza, gorzej będzie tylko jeśli okaże się, że jednak muszę jeździć do Utrechtu 2 razy w tygodniu. Na razie jestem na etapie kombinowania, jak się od tego wymigać (tym bardziej, że Utrecht pokrywa mi się z obowiązkowymi zajęciami tutaj) – być może uda się namówić wydział w Utrechcie, żeby uznali mi zajęcia robione w Amsterdamie. Do czwartku najpóźniej powinno się wszystko wyjaśnić, mam nadzieję. Problem w tym, że już w czwartek powinnam być na jednych zajęciach w Amsterdamie, a w tym samym czasie jest ponoć obowiązkowy introduction event w Utrechcie.

Jeszcze o mieszkaniu. Widok z mojego okna jest chyba spełnieniem marzeń Jacka. Z jednej strony stoją niebieskie pociągi i gdy otworzy się okno, stękają przyjaźnie na torach. A zdecydowana większość perspektywy to szeregi okien sąsiadów, każde duże i w każdym dzieje się w ciągu dnia coś ciekawego. Rolę świra, który cały dzień siedzi w tym samym miejscu przy biurku, wzięłam na siebie ja.